Rozdział III

Od ponad godziny przedzierał się przez leśną gęstwinę, czując za swoimi plecami przyspieszony oddech Connie. Noc, rozświetlana jedynie wątłym blaskiem księżyca w nowiu, była wyjątkowo ciemna i miała w sobie coś złowieszczego. Zwłaszcza w leśnej scenerii, gdzie każdy odgłos łamanej gałązki zdaje się być raczej krzykiem niż zwykłym szelestem. Idąc, starał się mieć oczy dookoła głowy by nic nie przeoczyć. Każdy szmer wywoływał w nim gwałtowny przypływ adrenaliny i szybsze bicie serca przysparzając o wewnętrzny niepokój. Przez cały czas tliła się w nim nadzieja, że być może się pomylili. W końcu przeczesywał las już od dłuższego czasu i nie natrafił na jakikolwiek, chociażby najmniejszy, ślad świadczący o tym, że przebywał w nim ktoś inny oprócz nich. Wmawiał to sobie uparcie za każdym razem, gdy z głośnym cmoknięciem wyciągał obutą nogę z kałuży błota.
— Eliah — głos Connie przerwał panującą między nimi już od dłuższego czasu ciszę. — Spójrz, ktoś tędy biegł — oznajmiła, kierując światło latarki na ślady stóp odciśnięte w mokrej ziemi.
Trzema susami doskoczył do niej i przykucnął chcąc bliżej przyjrzeć się odciskom. Nie było mowy o pomyłce. Mamrocząc coś gniewnie pod nosem zaczął klnąc na siebie za rozbudzanie w sobie nadziei na spokojną noc. Cóż, Bradley Scott okazał się nie być takim kretynem na jakiego wyglądał, musiał to przyznać.
— Cholera jasna — mruknął bardziej do siebie niż do niej, wodząc opuszkiem palca po świeżym śladzie.
Parsknęła krótkim śmiechem, w którym nie było nic z radości i odrzuciła długie, czarne jak smoła włosy na plecy. Poklepała go lekko po ramieniu, jednak gest ten wcale nie miał być wyrazem pocieszenia. Oznaczał kapitulację.
— Wiem, Hansen, jednak doskonale zdajesz sobie sprawę, że w tym przypadku nie ma mowy o pomyłce. Czujesz to samo co ja, prawda? — spytała, wzdrygając się, jakby przeszedł ją silny dreszcz, po czym otuliła się szczelniej czarną, skórzaną kurtką.
Nim zdążył udzielić jej jakiejkolwiek odpowiedzi usłyszał wystrzał z pistoletu, który pozbawił noc resztek, chociażby pozornego, spokoju.
*


Biegła ile sił w nogach, co jakiś czas nerwowo oglądając się za siebie, by uzyskać pewność, że nikt jej nie goni. Jeszcze nie – pomyślała. W uszach jej dzwoniło, a serce łomotało jak szalone pod wpływem ogromnego wysiłku połączonego z nagłym przypływem adrenaliny. Mimo iż była bardzo zmęczona, zmuszała nogi do jeszcze intensywniejszej pracy. Doskonale wiedziała, że jeżeli Łowcy odnajdą ich kryjówkę większość z zamieszkujących ją osób nie da rady uciec w porę i dojdzie do walki. Na śmierć i życie – bynajmniej w jej przypadku sformułowanie to nie jest jakąś górnolotną metaforą.
Potknęła się o wystający z ziemi korzeń drzewa i o mały włos nie upadła, kiedy nagle przed oczami zamajaczyła jej twarz brata. Jego duże, smutne, szare oczy tak bardzo nie pasujące do dziecięcej buzi, patrzyły na nią ze strachem. Jako małe dziecko stracił matkę, ojca, wiedziała więc doskonale, że gdyby stracił również ją, nie dałby sobie rady. To ona była teraz jego jedyną rodziną i świadomość, że miałaby zostawić go samego, bez żadnej ochrony, właśnie teraz, w samym środku piekła, napawała ją największym lękiem. Większym nawet niż śmierć.
Jeszcze tylko pół kilometra – myślała starając się ignorować narastający ból w piersi – wytrzymasz dziewczyno, jeszcze tylko kawałek. Nagle nocną ciszę przerwał huk wystrzału i nim zdążyła gdziekolwiek się ukryć, poczuła piekący ból rozrywający skórę jej ramienia, a przed oczami zatańczyły jej mroczki. Zaklęła cicho pod nosem, po czym uskoczyła za drzewo i, starając się złapać oddech, wyciągnęła sztylet tkwiący w cholewie jej buta. Dysząc ciężko, otwartą ręką dotknęła prawego ramienia i syknęła cicho z bólu, dostrzegając krew na swojej dłoni. Sukinsyn. Rozważała możliwość dalszego biegu, kiedy kolejny wystrzał rozerwał korę drzewa za którym się kryła. Ściskając mocno nóż, wychyliła się lekko zza pnia, próbując dojrzeć cokolwiek w nocnych ciemnościach spowijających polanę. Dostrzegła jedynie srebrny błysk metalu, migoczący słabo pomiędzy drzewami jakieś dwadzieścia metrów od niej. Pistolet - pomyślała. W przerwach między kolejnymi wystrzałami słyszała przytłumione kroki i trzaski gałązek łamanych pod ciężarem czyjegoś ciała, co niewątpliwie świadczyło o tym, że napastnik z każdą chwilą był coraz bliżej niej, zostawiając jedynie sekundy na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Zawahała się przez chwilę, po czym zacisnęła mocniej palce na rękojeści sztyletu. Nienawidziła zabijać nawet takich szumowin jak Łowcy, mimo to jednym, silnym ruchem wyrzuciła sztylet w ciemność, modląc się w duchu, by trafił w cel.
Nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie; krzyk mężczyzny, wystrzał z pistoletu i niesamowity ból rozrywający jej lewy bok. Zatoczyła się lekko, zarówno z bólu jak i zaskoczenia, po czym straciła równowagę. Sekundę później rozległ się stłumiony odgłos dwóch ciał upadających równocześnie na ziemię.
*


— Kate, zbierz wszystkie dzieci i zaprowadź je do kuchni. Od tej chwili są pod twoją opieką — Dziewczyna z burzą rudych loków skinęła tylko głową, po czym zniknęła w jednym z ciemnych korytarzy. — Andrew i Caetlin, pilnujecie wejścia.
Mimo kryzysowej sytuacji Enver nie stracił głowy. Zachował spokój, skupiając się na logicznym i rzeczowym myśleniu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jedynie jego opanowanie chroniło wszystkich przed popadnięciem w popłoch.
Starał się łączyć swoich przyjaciół w jak najbardziej dobrane pary. Dobrane pod względem posiadanych mocy. Wszystko po to, by zapewnić mieszkańcom kopalni możliwie jak największe bezpieczeństwo. Tyko tyle mógł teraz dla nich zrobić.
— Rachel i Craig, patrolujecie najbliższą okolicę. — Gdy opuściła go ostatnia dwójka, odwrócił się w stronę czarnowłosego chłopaka, który do tej pory stał oparty o ścianę i ze spokojem obserwował ludzi wypełniających jego rozkazy. — Ty, Nathaniel, idziesz ze mną. Musimy odnaleźć Beth i sprowadzić ją bezpiecznie do kopalni. Potrzebuję jej zgody w kwestii Aarona.
*


— Myślisz, że się obudzi? To już trzy dni.
— Na pewno. Wierz mi, jej organizm sam najlepiej wie, czego potrzebuje. Sądząc po tym, że jeszcze się nie obudziła w tej chwili najbardziej przyda jej się sen.
— Tak, ale trucizna…
— Tak, wiem, ale znaleźliśmy ją wystarczająco szybko. Nie bądź taką cholerną pesymistką, Connie.
*


Ból. Przepełniający każdą komórkę ciała, od końcówek palców u rąk aż do stóp, ból – oto co czuła. Gdyby nie to, śmiało mogłaby pomyśleć, że umarła. Właściwie dziwił ją fakt, że żyła. W końcu została postrzelona. Dwa razy? Trzy? W dodatku z niewielkiej odległości. Resztki sił poświęciła na próbę otworzenia oczu, jednak strasznie ciężkie powieki wcale nie chciały się podnieść. Czuła się tak, jakby ktoś zaszył jej powieki. Jęknęła cicho, zawiedziona. W tym samym czasie usłyszała szelest po swojej lewej stronie i czyjeś spokojne kroki.
— Enver? — jej zachrypnięty szept był prawie niedosłyszalny. — Gdzie Aaron? — Chrząknęła, modląc się o to by móc zwilżyć usta.
Podjęła ogromny wysiłek i z trudem rozchyliła powieki. Początkowo oślepiło ją światło zawieszonej na dwóch łańcuchach jarzeniówki, jednak po chwili odzyskała zdolność widzenia. To, co zobaczyła śmiertelnie ją przeraziło. Bynajmniej nie była w kopalni. Znajdowała się w pomieszczeniu przypominającym średniowieczną piwnicę. Z trudem dźwignęła się na łokciach. Bolało ją dosłownie wszystko. Rozejrzawszy się ze zdziwieniem stwierdziła, że leży na jednym z czterech łóżek, ustawionych równolegle do siebie wzdłuż ścian. Wszystkie miały metalowe wezgłowia i białą, płócienną pościel. Obok niej na małym nocnym stoliku stał szklany dzbanek i kolorowy kubek.
— A więc nareszcie się obudziłaś.
Beth szybko się odwróciła, ignorując rwący ból w boku. Na sąsiednim łóżku przysiadła wysoka, smukła dziewczyna ubrana w wytarte dżinsy i czarny, obcisły top. Kruczoczarne włosy związane miała w kitkę tak starannie, by nie wypadł z niej najmniejszy nawet kosmyk. Na jej widok Beth natychmiast zerwała się z łóżka i wypchnęła przed siebie otwarte dłonie skierowane wprost na przeciwniczkę w ułamku sekundy posyłając ją prosto na ścianę. Ciało dziewczyny odbiło się od niej z przytłumionym hukiem, by po chwili osunąć się na podłogę. Ten manewr wystarczył, by Beth dotarła do masywnych, drewnianych drzwi. Szarpiąc za metalowy uchwyt z przerażeniem stwierdziła, iż są zamknięte. Nim zdążyła się odwrócić, poczuła czyjeś ciało napierające na nią od tyłu. Krzyknęła z bólu, gdy nieznajoma wykręciła jej obie ręce do tyłu związując je tuż przy nadgarstkach.
— Wiedziałam, że tak będzie, cholera jasna! — sapnęła, sadzając opierającą się Beth z powrotem na łóżku.
W tym samym momencie do jej uszu dotarło ciche kliknięcie zamka i drzwi otworzyły się. Stanął w nich wysoki chłopak, ubrany w błękitną koszulkę i czarne dżinsy. Szczupłą twarz z wyraźnie uwydatnionymi kośćmi policzkowymi okalała aureola jasnych włosów poskręcanych w delikatne loki. Oczy, koloru morza przed burzą, patrzyły wprost na nią. Mogła przysiąc, że przez sekundę dostrzegła w nich cień zaskoczenia.
— Co to ma znaczyć, do diabła? — warknął w stronę stojącej pod ścianą dziewczyny, która rozmasowywała sobie tył głowy.
— Nasza Śpiąca Królewna wstała lewą nogą — syknęła nieznajoma. — Zaatakowała mnie — dodała w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie, niedbale wskazując przy tym ręką na Beth. Nawet siedząc na łóżku znajdującym się w drugim końcu pokoju dostrzegła jej zakrwawione palce. Nie mogła powstrzymać uczucia mściwej satysfakcji, które nagle ją ogarnęło.
— To nie oznacza jeszcze, że musiałaś związywać jej ręce — stwierdził, po czym podszedł do Beth i rozwiązał jej dłonie. Nie zdążył nawet mrugnąć, gdy poczuł silne uderzenie w twarz. Zaskoczony, zrobił krok do tyłu.
— Daruj sobie i lepiej od razu mnie zabijcie. Nic ze mnie nie wyciągniecie. Nic. — wycedziła Beth, spluwając mu pod nogi.
Widząc błysk gniewu w oczach nieznajomego, spodziewała się, że ją uderzy. Była zaskoczona gdy, zamiast tego, chłopak odwrócił się od niej i z gracją podszedł do stojącej pod ścianą dziewczyny.
— Na przyszłość zachowuj się jak należy przy gościach, Connie — powiedział, odciągając jej dłonie od rany na głowie.
— Dobrze, następnym razem dam się spoliczkować — sarknęła Connie. — Zważając na fakt, iż, niestety, nie krwawisz, mam nadzieję, że chociaż zabolało. — Dodała, uśmiechając się złośliwie.
Chłopak zignorował ją i przyłożył prawą dłoń do rozcięcia z tyłu jej głowy. Dziewczyna syknęła cicho, a Beth mogłaby przysiąc, że dostrzegła słaby uśmiech błąkający się po twarzy nieznajomego. Szybko jednak o tym zapomniała, gdy zauważyła, że jego dłoń nie jest zakrwawiona, a rana na głowie Connie zniknęła. Rozdziawiła usta ze zdumienia i w tej samej sekundzie kawałki niezrozumiałej dotąd układanki złożyły się w jedno.
— To ty… — szepnęła, wstając ze swojego łóżka. — Mój Boże.
*


Za dnia las był zupełnie spokojny. Wiosenne słońce przedzierało się przez zielone konary drzew, na których przysiadały ptaki wykonując swoje trele. Nie zostało w nim nic po nocnym strachu i panice, jakie wywołało pojawienie się Łowców. Zupełnie jakby wydarzenia poprzedniej nocy nie miały miejsca. Można by pomyśleć, że w ten właśnie sposób Matka Natura drwiła z brutalności i zwierzęcych instynktów drzemiących we współczesnych ludziach.
Nagle na jednej z leśnych polan zmaterializowało się dwóch mężczyzn. Zapuchnięte i zaczerwienione ze zmęczenia oczy świadczyły o wyczerpującej nocy, zabrudzone ubrania przykleiły się do spoconych ciał.
— Była tu — oznajmił jeden z nich, przykładając do nosa garść ziemi. — Jakieś pięć godzin temu.
— Och, dzięki Bogu. Czy możesz…? — Nathaniel zatrzymał się w pół kroku do swojego towarzysza, zdając sobie sprawę, że raczej nie powinien przygotowywać się na dobre wiadomości. — Andrew, co się dzieje?
— Musimy… musimy powiadomić Envera o konieczności zmiany kryjówki. Dorwali ją.
*


— Co tu się dzieje, do ciężkiej cholery?! — krzyknęła czując, że ogarnia ją panika.
Zdezorientowany chłopak spojrzał szybko na siedzącą pod ścianą Connie jakby szukał u niej wsparcia, ta jednak parsknęła krótkim śmiechem raczej rozbawiona niż zaniepokojona zaistniałą sytuacją. Beth kolejny raz pogratulowała sobie posłania tej zarozumiałej dziewczyny na ścianę. Zaczęła nawet rozważać możliwość powtórzenia manewru, nie po to by uciec – doskonale wiedziała, że ucieczka jest niemożliwa – lecz dla własnej satysfakcji, gdy nagle drzwi do pomieszczenia otworzyły się po raz trzeci.
Stanął w nich mężczyzna będący na oko niewiele starszy od Envera. Czarne włsosy z śladowymi ilościami siwizny, zaczesał do tyłu. Elegancki garnitur, w który był ubrany, automatycznie wzbudził w niej lęk. Nikt z jej przyjaciół, ocalałych i skazanych na przymusowe wygnanie z miasta, nie chodził w garniturze. Nie było ku temu ani okazji, ani potrzeby.
— Myślę, że nie ma potrzeby dręczyć Connie i Eliaha, Elizabeth.
Zamarła, zdziwiona faktem że ten dziwny facet zna jej imię.
— Skąd…
— Znam twoje imię? — dokończył za nią, uśmiechając się lekko i siadając na jednym z krzeseł. — Jestem…byłem dobrym znajomym twoich rodziców. — Mówił z ledwie słyszalnym rosyjskim akcentem. — Jestem Paul, poznałem cię gdy byłaś jeszcze bardzo małą dziewczynką, nic dziwnego że mnie nie pamiętasz.
— Nie rozumiem. Co się tutaj dzieje? — spytała Beth wodząc wzrokiem po twarzach zgromadzonych w pokoju osób. Eliah usiadł na jednym ze szpitalnych łóżek i przyglądał się jej z wyraźną ciekawością, co niesamowicie ją irytowało, Connie przycupnęła na jednym z metalowych oparć sprawiając wrażenie wyraźnie znudzonej tym, co się działo wokół niej, natomiast zwariowany niby-znajomy-rodziców zastanowił się nad czymś przez chwilę, zanim się odezwał:
— Chętnie udzielę ci odpowiedzi na twoje pytanie, jednak aby to zrobić muszę zacząć od początku… Wszystko zaczęło się w 1945 roku. W czasie drugiej wojny światowej naziści przeprowadzali eksperymenty z bronią psychologiczną, które objęte były tajemnicą państwową. Próbowali rozwijać zdolności psychokinetyczne zarówno u jeńców wojennych, ludzi przebywających w obozach koncentracyjnych jak i własnych żołnierzy. Wielu z nich umarło. — Przez chwilę patrzył otępiałym wzrokiem gdzieś w przestrzeń. — Przeprowadzając te eksperymenty próbowali stworzyć własną armię. Wyjątkową pod każdym względem, będącą jednocześnie kluczem do władzy absolutnej. Wojna się skończyła a wraz z nią próby stworzenia niepokonanych żołnierzy. Ludzie obdarzeni parapsychologicznymi zdolnościami, w obawie przed kolejnymi eksperymentami i próbami wykorzystania ich do przejęcia władzy, rozproszyli się po całym świecie żyjąc wśród innych ludzi, niezauważani przez nikogo. Aż do niedawna. Raporty z przeprowadzanych w czasie wojny eksperymentów zostały po latach odnalezione, a rządy na całym świecie utworzyły tak zwane Wydziały, próbując wyzwolić świat z zagrożenia. Zlikwidować nas, potencjalną broń. — oznajmił, marszcząc brwi w zadumie. — Elizabeth, nie otrzymałaś zdolności telekinetycznych ot tak po prostu, znikąd, taka się już urodziłaś. Wyjątkowa. — dodał, patrząc jej głęboko w oczy. — Jednak brak praktykowania umiejętności parapsychologicznych zarówno przez twoich dziadków jak i rodziców w znacznym stopniu uśpił ową umiejętność. Przytrafiło się to zresztą większości dzieci, których obdarzeni wyjątkowymi zdolnościami rodzice postanowili chronić właśnie w taki sposób. I, moim skromnym zdaniem, ów wysiłek zapewne zakończyłby się sukcesem, gdyby nie epidemia. — zawiesił na chwilę głos. — Nie wierz tym, którzy mówią, że wybuchła przypadkowo. Została wywołana przez Wydziały. Według nich żaden normalny człowiek nie był w stanie jej przeżyć, dlatego uznali to za jedyną szansę by wyciągnąć nas z ukrycia. Nie przewidzieli jednak, że ze względu na sposób, w jakim od lat żyliśmy uczynił nas mniej odpornymi na wirusa. Mówiąc prościej nasze szanse na przetrwanie epidemii równały się szansom normalnych ludzi i były zerowe.
— Więc jak… — urwała w pół zdania, nagle przypominając sobie o czymś. — Szczepionka…
—Tak. — potwierdził Paul. — Jednak podając nam ją nie mieli pojęcia o potencjalnych skutkach. Widząc, że nikt nie jest samodzielnie w stanie pokonać wirusa stwierdzili że zginęliśmy, albo straciliśmy nasze umiejętności. Wtedy postanowili podać nam szczepionkę, która dokonała tego, czego nie był w stanie dokonać wirus, obudziła nasze zdolności.
— Świetnie — sarknęła Beth — jednak nadal nie rozumiem, dlaczego mówisz mi o tym wszystkim. Doskonale wiem kim jesteście i co się ze mną stanie — dodała, wskazując podbródkiem na grube bransolety zdobiące przeguby Paula, Eliaha i Connie.
— Pracujemy w Wydziale, to prawda jednak nie dla wydziału. Nie robimy tego po to, by im pomagać — syknęła Connie, zeskakując z metalowej poręczy i robiąc kilka kroków w stronę Beth. — Gdyby nie Eliah zginęłabyś już tydzień temu, a gdybyśmy cię nie znaleźli wczoraj, umarłabyś w ciągu dwóch godzin.
— Connie, dość — powiedział Paul głosem nieznoszącym sprzeciwu. Beth doszła do wniosku, że musi być kimś w rodzaju przywódcy. — To prawda — zwrócił się do niej. — Nie jesteśmy tu by pomagać Wydziałowi, inwigilujemy ich, staramy się być na bieżąco z ich planami, być krok przed nimi. To miejsce — dodał, zataczając ręką łuk — to piwnice klubu La Serpent Rouge, nasza tajna kryjówka. Jednak jest jeszcze coś o czym powinnaś wiedzieć. Jest pewna osoba, która próbuje dokonać tego, co nie udało się nazistom. — oznajmił, zerkając na zegarek, po czym poderwał się szybko z krzesła. — Connie, Eliah, wprowadźcie ją w szczegóły. Wybacz Elizabeth, ale muszę iść zanim wydział zorientuje się, że coś jest nie tak. Eliah odwiezie cię do lasu gdy tylko się ściemni i udzieli ci dalszych informacji. — dodał, zatrzymując się tuż przy drzwiach. — W przyszłości, Elizabeth, staraj się bardziej na siebie uważać — powiedział, po czym zniknął za drzwiami.
Kompletnie zdezorientowana jego zachowaniem oderwała wzrok od zamkniętych drzwi i odwróciła się w stronę Eliaha i Connie.
— O nie. Wybacz, mój drogi, ale mam ważniejsze sprawy na głowie niż niańczenie tej dziewczyny — powiedziała Connie, po czym opuściła pomieszczenie oscentacyjnie nie zwracając uwagi na siedzącą na łóżku Beth.
— Krzyżyk na drogę. — krzyknęła za nią Beth, po czym skierowała rozzłoszczone spojrzenie na Eliaha. — Słucham — wycedziła przez zaciśnięte zęby, wstając i krzyżując ręce na klatce piersiowej.





Okropnie przepraszam, że od dłuższego czasu nie dawałam znaku życia, ale wiele się działo. Próby połączenia wakacyjnego wypoczynku z pierwszą wakacyjną pracą, a potem, pod koniec września, przeprowadzka z domu do Poznania w związku z rozpoczęciem studiów. Samo wdrążanie się w codzienny rytm życia studenta i poznawanie nowego miasta również zabrały mi sporo czasu. Ponadto studia na kierunku filologia polska również wymagają wiele pracy, dużo, dużo pisania i jeszcze więcej czytania, dlatego też zdecydowanie odradzam je osobom, które nie zamierzają poświęcać zbyt wiele czasu nauce podczas studiów. ;-) Strasznie to wszystko czasochłonne.
Chciałabym jednak, żebyście wiedzieli, że ani na sekundę nie zapominam o nieproszonych. Bohaterowie opowiadania cały czas tłuką mi się po głowie, nieważne czy siedzę na wykładzie, czy w pociągu wracając do domu, oni cały czas gdzieś tam są i niecierpliwie czekają na swój moment. Mimo że tak rzadko publikuję, jestem tak mocno związana z tym opowiadaniem, że z pewnością tak łatwo tego nie porzucę.
Ściskam,
C.

poniedziałek, 14 grudnia 2009, 18:08:05
komentarze [8]


dedykacja x pokochaj x autorka

morbid, amelia hewitt, life losers, kołysanka, dorcas, rose, zderzenie



Szablon wykonała Carly używając tego, oraz własnych umiejętności. Całość sponsoruje mylog. Łapki precz!